Menu

MARKOMANIA

o muzyce, z kulturą

Organizm doskonały

maro6533

0the_necks_002

 

Przez prawie trzy dekady australijskie trio The Necks, zarówno w studio, jak i na scenie, podążało za zwodniczo prostą formułą: rozpocznij miniaturą, dyskretnymi myślami spływajacymi na klawiaturę fortepianu. Zakotwicz je basem i dryfującymi bębnami. W połowie sesji, wymieszaj energię i gęstość tych fraz, aż zasugerują przestrzeń, dla wolnej improwizacji. Potem uzupełnij paletę barw, kolejno dodając gitarę i organy. Wówczas pęczniejąca ściana dźwięku zaskoczy mnogością kolorów, intensywnością zmian akcji - po czym, stopniowo wygaśnie ustępując miejsca harmonicznym alikwotom, sugerującym powrót do akustycznych źródeł początkowej fazy nagrania.

Dyskografię zespołu można porównać do ulubionego serialu, którego fabułę znamy na wylot, a jednak ciągle odnajdujemy w nim nowe wątki zmieniające sens wyuczonych na pamięć scen i dialogów. Nie inaczej jest z jubileuszową, dwudziestą płytą The Necks "Body"(2018). Rozległy, czteroczęściowy utwór zaskakuje kolekcją skrajności: od zamyślonego fortepianu i basu, długo dryfującego po obrzeżach marzeń sennych, do post-rockowej erupcji nasyconej klawiszami i miękko kołyszącą perkusją, zza której wyłania się gitara elektryczna, rozbijająca skrupulatnie budowany motyw przewodni w kosmiczny pył - rodzaj dźwiękowej plazmy, powoli ulatującej w przestworza.

Uwagę przykuwa bezbłędna współpraca basisty Lloyda Swantona z Tonym Buckiem, który w nagraniu pełni podwójną rolę kotwicy rytmicznej i agresora, próbując oswoić perkusyjne zawiłości z nieokiełznaną szarżą gitary. Ale to pianista Chris Abrahams, schowany za ścianą narastającego hałasu, wydobywa neonowe akordy, oferując migotanie światła z wnętrza rozszalałej burzy.

Trzeba posłuchać: całości - najlepiej pod gwiazdami sierpniowego nieba.

 

 

 

 

© MARKOMANIA
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci